Rumunia odżegnuje się od goszczenia sojuszniczej broni jądrowej na swoim terytorium
Nicuşor Dan, prezydent i główny kreator polityki bezpieczeństwa Rumunii, 5 marca br. wykluczył jej udział we współpracy przy rozszerzeniu francuskiego odstraszania nuklearnego. Propozycję taką Francja przedstawiła kilka dni wcześniej partnerom europejskim.
Decyzja ta wynika z kalkulacji, zgodnie z którymi dla odstraszania Rosji kluczowa jest obecność na terytorium Rumunii konwencjonalnych sił sojuszników. Za fundament bezpieczeństwa kraju władze w Bukareszcie uważają ścisły dwustronny sojusz ze Stanami Zjednoczonymi, szczególnie obecność ich wojsk na rumuńskim terytorium. Współpraca z europejskimi sojusznikami ma dla Rumunii znaczenie drugorzędne. Dotyczy to także Francji mimo tradycyjnie serdecznych stosunków łączących oba kraje –jako państwo ramowe objęła ona dowództwo wielonarodowej grupy bojowej NATO w rumuńskim Cincu. Wojska USA użytkują bazy lotnicze w Câmpia Turzii i Mihail Kogălniceanu oraz antyrakietową w Deveselu. Rosja wielokrotnie groziła atakiem na ten obiekt, twierdząc, że faktycznie służy on rozmieszeniu pocisków z głowicami nuklearnymi wymierzonymi w rosyjskie cele. Władze rumuńskie dementują te doniesienia i podkreślają jednoznacznie defensywny charakter bazy i brak potrzeby rozmieszczania broni jądrowej na terytorium kraju. Według Dana funkcjonujący w ramach NATO parasol nuklearny zapewniany sojusznikom przez USA gwarantuje Rumunii bezpieczeństwo. Równocześnie jako kraj członkowski Sojuszu jest ona włączona w podejmowane w jego ramach decyzje i programy dotyczące kwestii nuklearnych.
O polityce obronnej Rumunii pisał Jakub Pieńkowski

